Rozdział I

Zanim przekroczysz wrota, upewnij się, że masz głowę. A najlepiej to dwie...
Bezix
Łowca postów
Posts: 140
Postać w RPG: Terill Senus

Re: Rozdział I

Post by Bezix »

Sytuacja przybrała bardzo nieprzewidywalnego obrotu i nawet Terill nie spodziewał się tego, co się wydarzy. Miał nadzieję, że będzie jakiś znak - ale nie było niczego, a tylko szybka śmierć Gora i w mgnieniu oka orkowie zaatakowali drużynę - Ci tutaj mają chyba więcej oleju w głowie skoro wiedzieli kogo zaatakować - pomyślał. Nagle spostrzegł weterana szarżującego w stronę Eve i Elley, który po chwili zatarasował owe dziewoje i przewrócił się uderzając głową w kamień - Biedak... - powiedział ironicznie. Eddilard także był zajęty walką. Wtem Terill zauważył Dziad walczącego z orkiem i jak najszybciej postarał się do niego dojść. Jego planom przeszkodził jeden ze strażników i w dodatku tarczownik.
- Cholera... - mruknął pod nosem. Jednak to nie było jego jedyne zmartwienie, bowiem Dziad zniknął. Puff, ot tak sobie. Terill starał się znaleźć słaby punkt oponenta, ale usłyszał "Odwrót!" z ust Eve, w zaistniałej sytuacji było to dosyć rozsądne, jednak ten wolał najpierw zająć się swoim przeciwnikiem. Przypomniał sobie, że posiada młot, który też postanowił szybko dobrać uprzednio chowając miecz do pasa i przy tym cofając się o parę kroków w tył. Gdy już to zrobił, od razu postarał przybliżyć się do wroga i uderzyć młotem jak najmocniej w tarczę, mając na celu wytrącenie orka z równowagi, a potem dobicie go.
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

Sesja przechodzi w stan wegetacyjny.
Last edited by Eon on Sun, 10 Mar 2013, 18:17, edited 1 time in total.
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

Jedynym bogiem który w obecnej sytuacji zanosiłby się śmiechem, prócz jednego z Odstępców, był Zerbo. Zarach pomimo gardzenia swym pierwszym, niedoskonałym tworem, jakim byli bez wątpienia orkowie, gorąco wspierał ich działania mające na celu zmniejszenie populacji innych ras. Zerbo zaś kibicował zazwyczaj temu, komu dopisywało szczęście. Ono z kolei w bezczelny sposób zwyczajnie opuściło Runicznych Wojowników.

Terill, orientując się, że Dziad kompletnie zniknął mu z pola widzenia, musiał zmierzyć się z tarczownikiem o potężnej posturze i wzrośnie niespotykanym nawet u orków. Z pewnością nie był tak wysoki, jak sam Senus, ale nadrabiał ten fakt groźnymi warknięciami i orężem. Plan Niszczyciela okazał się prosty: wytrącić wroga z równowagi. Ork czekał na atak niewzruszony, a kiedy nadszedł, przyjął go dzielnie na swą kolczastą opokę. Owocem tych działań okazało się solidne wgniecenie w osłonie, jednakże nic poza tym. Konstrukcja oparła się uderzeniu, a zaskoczony mężczyzna oberwał w biodro. Gdyby nie doskonała zbroja, pewna część ciała z pewnością by teraz ucierpiała. Ostrze tarczownika spełzło po pancerzu. Tym razem ten ostatni wydawał się zdezorientowany. To może być dobry moment na ripostę.

Pokrzywdzony przez los Eddilard został zmuszony do schowania swych żali w głębokie kieszenie. Teraz liczyła się wyłącznie jego gotowość do walki. Zemsta za zamordowaną fajkę okazała się rewelacyjnym paliwem, dzięki któremu zapał wojownika wydawał się nieograniczony. Potwierdziły to zresztą jego późniejsze słowa. Podły morderca ręcznie struganych instrumentów dla palaczy zbyt późno zrozumiał swój błąd. Zanim wydał z siebie choćby cichutki pisk, jego gardło zostało przecięte. "Wślizg" nie wyszedł do końca tak, jak to planował Edd, ale ostatecznie chyba był zadowolony z rezultatu chybionego cięcia. Oponent leżał w kałuży własnej krwi, a Wolfire prędko znalazł się wśród dziewczyn, gotów wesprzeć je swym mieczem.

Wkrótce do trójki dołączył Falibor. Pikinierzy w mig zatrzymali swój pochód. Ich pewność siebie musiała nagle drastycznie stopnieć. Jeden z nich wręcz odrzucił na bok broń i zdjął z głowy cudacznych hełm. Nie wyglądało jednak na to, by zamierzał się poddać. Przebrzydły uśmiech zwiastował kłopoty. Wysłannicy Srebrnej Dłoni musieli pożegnać się z kolejnym członkiem grupy, po tym, jak spomiędzy oślizgłych palców zielonoskórego wyfrunęły błyskawice w tysiącach odcieni fioletu i dopadły Elley - wciąż zamroczoną upadkiem. Biedaczka nie miała jak obronić się przed zaklęciem, które popieściło również Eve, aczkolwiek amazonka odczuła jedynie nieprzyjemny przepływ prądu, zaś u panienki Theartly skutki czaru okazały się znacznie gorsze. Narządy wewnętrzne odmówiły posłuszeństwa. Przywitała podłoże z niebijącym sercem. Zgon na miejscu.

Rozradowane stadko pikinierów wpadło w dziki amok i rzuciło się na pozostałych przybyszów. Trójka przeciwko trójce (podstępna kreatura, która nagle odkryła w sobie magiczny potencjał pozostała w tyle), pozornie wyrównane szanse. Jednakże po jednej stronie walczyli Słudzy Run i pomimo tego, że raptem chwilę temu dostali w kość, sprawy mogły przybrać zupełnie inny obrót...

[Chcecie, to odpisujcie. PS Bezix, u Ciebie w ekwipunku nawet nie ma młota, ale przymknąłem na to oko. EDIT: Dobra, nieaktualne...]
┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ Pjerdl życie, odpisz w sesji! ┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ And if you won't... Image
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

Po Dziadzie ani widu, ani słychu. Runiczni Wojownicy mogli wyobrażać sobie głośny, histeryczny śmiech Zerbo gdzieś za swoimi plecami. Ugrzęźli na szczycie wysokiego wzgórza, w świętym miejscu orków i w dodatku zabili ich mentora. Niezbyt mądre posunięcie, ale misja Srebrnej Dłoni była ważniejsza niż wszystko inne, włącznie z widzimisię całej czwórki podróżnych. Dziada również to dotyczyło, aczkolwiek on miał ten przywilej, że mógł w niewiadomy sposób rozpływać się w powietrzu wedle uznania. Trudno było go z tego rozliczać, zwłaszcza, gdy czuło się przywiązanie do własnej twarzy albo każdej innej części ciała.

Jak się jednak okazało, fizyczność Runicznych Sług i tak miała zostać skazana na próbę cierpienia. Celowo, z premedytacją obrali obecną taktykę stania w miejscu i zwlekania. Rhazaal w notatkach na temat współpracowników wyczytał, że niespecjalnie grzeszą gorliwością. Całość przerosłaby jego oczekiwania, jeżeli tylko raczyłby się tu pojawić. A może Gor w ostatnich chwilach swojego życia zdradził mu co się stanie i dlatego czmychnął? Wszystko to głęboko w zakończeniu pleców mieli pikinierzy - w ofensywie czuli się wybitnie. Skamieniali przeciwnicy tylko ułatwiali im sprawę.

Orkowie nie grzeszyli zmysłem bitewnym i mało było wśród nich wodzów, dla których liczyło się strategiczne podejście do tematu. Głównie opierali się na dwóch założeniach: wyrżnąć w pień wroga oraz wyrżnąć w pień wroga b a r d z i e j. Z przyczyn nieokreślonych wysłannicy Mistrza Luster w ogóle nie zareagowali na atak, jak powinni. Jeden z pikinierów potężnym pchnięciem ugodził Eddilarda w bok. Grot w prosty sposób przedarł się przez skórzaną zbroję podszytą płytkami z księżycowego srebra (najwyraźniej były one kiepskiej jakości lub szpic trafił w newralgiczny punkt). Edd zawsze mógł liczyć na szczęście, które nie opuściło go do końca w tej sytuacji. Długa na około trzy metry pika ledwo zahaczyła o biodro, ale utkwiła w nim. Pomimo obrażeń niezagrażających życiu, starego palacza dotknął piekący ból. W dodatku zielonoskóry okazał się na tyle sprytny, że złamał swoją broń i drzewcem zdzielił lorda po pysku. Może mu się otrzeźwieje...

Zagadką dla postronnych był również Falibor. Być może udawał, że go tu wcale nie ma. Być może liczył na swoje umiejętności socjalne i już miał pomachać do obrońców Kręgu Przywołań obwieszczając, że on przybył tu tylko znaleźć nowych przyjaciół. Nie poruszył się. Nic nie zrobił, choć obecny był i ciałem, i duchem. Ork zdawał sobie sprawę, że z tą zbroją sobie nie poradzi. Dlatego wymierzył w głowę. Krótko ścięty brunet nie chronił jej niczym, stanowiła więc idealny cel. Kiedy jego życie miało się dokonać, do akcji wkroczył ktoś najmniej w tym momencie spodziewany. Zza pleców Runicznego Wojownika coś się wyłoniło. On sam poczuł silne szarpnięcie za bark. Tak silne, że z łatwością pozbawiło jego nóg kontaktu z podłożem. Falibor wylądował nieco z tyłu, pod stopami Edda. Wtedy dopiero mógł przyjrzeć się temu, kto uratował mu skórę.

Czerwona pseudo-toga, białe włosy... Pan Przewodnik jeszcze nie opuścił kompanii. Jeszcze nie skazał jej na śmierć. Jeszcze...

Dziad musiał chować się w cieniu Fallusika, bowiem ork w ogóle go nie widział i nie oczekiwał podobnych manewrów. Staruszek sparował pchnięcie swoją lewicą. Kolejne dwa ciosy także okazały się fiaskiem. Przy trzecim wytrącił pikę i szybkim ruchem wbił laseczkę w oko zielonoskórego. Ten zaś nie zdążył nawet wydać rozpaczliwego krzyku, a już leżał martwy na ziemi. Rozeźlony brodacz dziarskim krokiem ruszył w kierunku maga. Falibor widział tysiące białych iskier, które otoczyły Rhazaala podczas jego spotkania z zaklęciem podstępnego szamana. Nie musiał się wysilać i ot tak zniwelował czar, który zabił Elley.

Smród w połowie stopionego naramiennika zawędrował do nozdrzy człowieka z buzdyganem... nie ma nic za darmo.

Co zaś się tyczy Eve, której cała sytuacja wcale nie odpowiadała: dziewczyna węszyła spisek. Nie uchroniło jej to od draśnięcia na policzku - podobnie, jak inni, nie wykonała żadnego ruchu. Jeżeli czekała na kogoś innego, by pierwszy wykonał ruch, to nieco się przeliczyła. Dopóki umysł masz młody i umiejętność liczenia cię nie przerasta, zawsze licz na tylko na siebie, powiadają...

Terill Senus vel Siekacz, Młot, albo też tępa, bezmózga góra mięśni [MG MODE: coś czuję, że te przydomki z KP bardzo do niego pasują i zagoszczą na dłużej...] nie wykorzystał okazji do kontrataku. Bronił się przy pomocy młota, kiedy ork próbował zrobić z niego eloński szaszłyk. Wytrącił nawet oponentowi broń, na tym niestety zakończył swoje działania i zastygł w bezruchu. W gorącej wodzie kąpany oponent natychmiast wręcz zniszczył nos wysokiemu jegomościowi posiłkując się pięścią wielkości niedużego ananasa. Charakterystyczny dźwięk zwiastował złamanie, krew popłynęła chwilę później i też mówiła sama za siebie (co prawda w mig zakrzepła), lecz Senus zdążył rozsmakować się w jej słodyczy, kiedy spełzła na wargi. W dodatku poczuł solidnego kopniaka w krocze. Kwestia ewentualnych potomków stanęła pod dużym znakiem zapytania. Terill marzył teraz o potężnej, wywołanej magicznie migrenie, miast upokarzającej świadomości tak żałosnej porażki. Jednakowoż, wciąż trzymał się nieugięty. Był niczym skała. Skały zwyczajowo prowadzą dość długie żywoty, ale i one nie są wolne od przeznaczania. Zwłaszcza, kiedy nic nie robią i szukają wymówek na niekończące się stanie w miejscu.

Dziad powrócił i znowu odwala całą robotę, nie dostając za to niczego w zamian. Mógłby ruszyć dalej i zostawić pozostałości grupy na pastwę żądnych krwi stworzeń Zaracha. Z jakiegoś powodu jest tu jednak z nimi i nie zważając na wszelkie przeciwności losu spoczywające na jego karku pomaga im. Mimo tego, bezgraniczna litość Dziadygi osiąga swój limit.
┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ Pjerdl życie, odpisz w sesji! ┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ And if you won't... Image
Landaen
Łowca postów
Posts: 139
Postać w RPG: Falibor

Re: Rozdział I

Post by Landaen »

Dziad powrócił i znowu odwala całą robotę. Zabijał zielonoskórych. Zajął się magiem. No i... uratował najemnikowi życie, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. A on był w końcu runicznym, a nie durniem z pospolitego ruszenia, który nie jest w pełni pewien, którym to końcem wideł powinno się dźgać.
Wstał ciężko, rozejrzał się. Elley leżała bez ruchu, a choć Falibor znał się na magii tak, jak przeciętny Skerg-niewolnik na matematyce wyższej, to jednak z marszu założył, że kobieta nie żyje. Kwestie praktyczne - przyjąwszy taką wersję zdarzeń, mógł się skupić na walce, dodatkowo napędzany gniewem po stracie kompana. Następnie spojrzenie wojaka padło na jego naramiennik, czy raczej to, co z niego zostało.
Spojrzenie na trupa Elley. Spojrzenie na stopioną zbroję. Spojrzenie na najbliższego orka.
- To teraz, złotko - Falibor mówił zaskakująco spokojnie - masz wpierdol.
Śmiało postąpił naprzód, z mieczem w prawej, buzdyganem w lewej dłoni. Wbił w zielonoskórego spojrzenie tak mordercze, że zdawać by się mogło, próbuje zabić go, nie uciekając się do użycia broni. Ale nie, najemnik preferował sposoby bardziej konwencjonalne - tym razem nie stał bez ruchu, a rzucił się w stronę orka, z zamiarem spektakularnego rozłupania głowy tegoż buzdyganem. Oko za oko...
Aileen
Wójt
Posts: 216
Postać w RPG: Evanesca | Fay
Location: Ależ skąd!
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Aileen »

Intuicja Evaneski podpowiedziała jej przyszłość ułamek sekundy po tym, jak ork zdjął z głowy hełm. Rozgrzane powietrze huknęło gdy przecięła je kaskada błyskawic, które dosięgły Elley. Obiecała chwilę wcześniej osłaniać, lecz wszystko na próżno. Fala energii powstała po uderzeniu sprawiła, że amazonka prawie upadła. Doskoczyła do ciała Elley, w bezcelowej próbie ratowania jej życia. Jedyne co mogła zrobić, to zamknąć jej oczy, zastygłe w wyrazie niedowierzania.
Szybki rzut oka na bitwę. Przegrywali i to sromotnie. Kątem oka dojrzała znajomą sylwetkę. "Przynajmniej to wyjdzie z tego żywe...", pomyślała i już miala się podnieść, gdy znowu przykucnęła przy ziemi. Czy to możliwe, że miała wolne pole...? Nie zastanawiała się, czy to dlatego że szaman uznał że obie sa martwe, dość że ciastomózgi zielonoskóry metodycznie próbował powalić Dziada tym samym zaklęciem którym zabił Elley. Otarła piekący policzek i spostrzegła na rękawicy swoją krew.
Tym razem wyjątkowo liczyła się szybkość, nie mogła czekać aż mag zorientuje się, że jego starania są bezsensowne. Skoro mógł zabić magiczkę jednym uderzeniem, zrobi to samo z resztą drużyny. Evanesca zerwała się z ziemi i korzystając z ogólnego chaosu, przemknęła niemal bezszelestnie między stertami rupieci, przeskoczyła przez zakrwawione orkowe zwłoki, skryła się za jakąś konstrukcją. Szaman był już blisko.
Elley. Wcześniej uzdrowiciel i Thomas, któremu opatrywała ramię. Wezbrał się w niej gniew, którego źródło tkwiło w osobie jej "pana", który wysłał ich na pewną śmierć. Zaginieni towarzysze i Elley, której nawet nie zdążyła lepiej poznać. Amazonka straciła resztki niewinnej natury. W jej oczach jarzył się ogień piekielnego gniewu i strachu o własne życie.
Strach był jej sojusznikiem. Nawet tępi orkowie zaczną się bać. Wyskoczyła ze swej kryjówki i cicho jak cień zjawiła się tuż przy magu. Nie musiała zastanawiać się co robi. Drobniutka, zimna iskierka niepokoju w umyśle orka rozbłysła w chwili gdy poczuł na odsłoniętym czerepie delikatny ruch powietrza. Ta iskierka tylko wzmocniła Evanescę - ostrze już mknęło na spotkanie z jego karkiem, tnąc ze świstem powietrze...
Spoiler:
Szaleństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bardziej szalone, tym bardziej logiczne, tym bardziej wyrafinowane, tym bardziej wymowne, tym bardziej olśniewające.
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

Zabawa nadal trwa. Choć wydawało się, że dla stojących w bezruchu Runicznych Wojowników będzie to koniec, to ponownie do akcji wkroczył Dziadyga. Biorąc pod uwagę zasady fair play, było to posunięcie po prostu nieczyste. To tak, jakby grając z kimś w Hadeko samemu wparować na arenę i wyrządzić konkretną krzywdę "lalkom" przeciwnika. Ten fakt nie miał jednak żadnego znaczenia dla wysłanników Srebrnej Dłoni, bo przecież ich życie grą nie było, a przeżyć musieli nie bacząc na koszty. Wolność...

Dziad nie mógł niestety pomóc wszystkim na raz. Senus boleśnie się o tym przekonał. Jego nos kształtem przypominał teraz pokręcony górski szlak w Tirganach. Nie zapominajmy także o bólu w strategicznym miejscu. Koniec końców, mogło być znacznie gorzej. I było, bowiem Terill nadal nie reagował. Orka musiała wyjątkowo rozzłościć ta bierność. Zielonoskóry rzucił się na wysokiego jegomościa i z impetem powalił go na ziemię, okładając go pięściami gdzie popadnie. To ostatni moment na obronę, wkrótce Niszczyciel straci przytomność, a w ostatecznym rozrachunku pójdzie się kąpać w Rzece Dusz.

Edd otrząsnął się po ugodzeniu w biodro. Szybkim ruchem wyjął grot i odrzucił go nieopodal. Dotknął też miejsca na głowie, w które oberwał. Chyba będzie siniak... Z mieczem w ręku i bojowej postawie, przeszedł do kontrataku. Skutecznego, trzeba przyznać. Choć pewnie głównie dlatego, bo biedny ork nie miał już swojej broni i po niedługiej wymianie ciosów zwyczajnie skapitulował, padając na kolana, zasłaniając draśniętą szyję. Eddilard miał wybór: mógł oszczędzić oponenta, choć wcześniej złorzeczył mu dość dosadnie, bądź pozbawić go tchu. Taki miał zamiar od początku...

Falibora i Eve ogarnęła wściekłość. Kierowani podobnymi motywami, szybko przeszli do działania. I o ile amazonka działa w miarę trzeźwo, tak fałszywy pątnik już nie. Dama zniknęła z widoku, a jej wrogiem zajął się właśnie Fallus. Plan ograniczający się do "rozłupania głowy buzdyganem" okazał się nieco zbyt prosty. Ork natychmiast zwiększył dystans, wystawiając sobie na tacy opancerzone cielsko sługi Srebrnej Dłoni. Próbował zaskoczyć go kilkoma piekielnie szybkimi pchnięciami w czerep. Na to jednak Falibor był przygotowany. Unik w lewo, potem w prawo, podbicie włóczni w górę, cios. Kiepsko chroniony kark stworzenia Zaracha chrupnął, a jego głowa wykręciła się w nienaturalny sposób. Zgon.

Evanesca przekradała się z tyłu do maga. I choć była pod wpływem swoistego szału, działała sprawnie i precyzyjnie. Rhazaal miał chyba jakieś problemy próbując powalić szamana swoją lewicą. Zwykłe ciosy za nic nie mogły przebić rzuconej Opoki. W końcu do cna wzburzony Dziadziuś kopnął orka w brzuch tak, że ten musiał cofnąć się dwa kroki do tyłu. Cięcie Eve nadeszło znienacka i pozbawiło głowy czarownika. Płonące ostrze zatrzymało się i utkwiło w czymś, podczas chwalebnego upadku ciała bez łba. Tym czymś okazało się lewe ramię Pana Przewodnika.

- Ostrożnie z tym kozikiem, jeszcze komuś przypadkiem kuku zrobisz - warknął pogardliwie, wyjmując miecz ze swojej zdeformowanej części ciała. Co ciekawe, nie miał najmniejszej rany. Ta łapa faktycznie była podejrzanie odporna... - Spierdalamy! - wydarłszy się na całe gardło, odwrócił się i popędził w dół Kręgu Przywołań, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Runiczni nie mieli wyboru, jak tylko podążyć za nim...
*** Na dole leżało mnóstwo trupów. Rhazaal najwyraźniej nie próżnował podczas swojej chwilowej nieobecności. Pojawił się jednak problem. Brama była zamknięta. Nie dało się jej ominąć, jedynym dostępnym skrótem był w tym momencie skok w przepaść.

- Rzućmy zaklęcia, jak ostatnio. Na pewno da się zrobić dostatecznie dużą wyrwę, aby można było się prześlizgnąć - Edd zaproponował drużynie rozwiązanie tej sytuacji. Jak się miało okazać, błędne w opinii zgryźliwego staruszka...
- To mosiądz imbecylu, możesz na niego srać jakąkolwiek magią i nic nie zdziałasz - Dziad dał upust swojej złości. Spędził minutę czy dwie z trzema palcami przy czole. W końcu zdecydował się odezwać... - Znajdźcie sobie kamień, coś do osłony. Szybko - mruknął już nieco spokojniejszy. Niektórzy mogliby w tej sytuacji zakwestionować to polecenie i zadań mnóstwo pytań, ale wewnętrzny głos w mózgach Runicznych Wojowników podpowiadał im, by nie zwlekali.

Rhazaal zastukał laseczką dwa razy w podłoże. Odgłos mielenia zwłok w kostnicach trolli towarzyszył przeobrażaniu się w wielki niemal jak jej właściciel, pokraczny łuk refleksyjny. Przewodnik wyciągnął jedną strzałę z kołczanu i wetknął ją w cięciwę. Najwyraźniej chciał postrzelić wrota, genialnie... Świst uwolnionego pocisku przeszył powietrze. W momencie zetknięcia się go z bramą, nastąpiła potężna eksplozja. Odłamki konstrukcji fruwały w powietrzu, kilka mniejszych poleciało na spotkanie z Dziadkiem, lecz ten ponownie skorzystał z pomocy swojej wielofunkcyjnej łapki i osłonił się nią.

To chyba mamy wyjście...
┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ Pjerdl życie, odpisz w sesji! ┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ And if you won't... Image
Landaen
Łowca postów
Posts: 139
Postać w RPG: Falibor

Re: Rozdział I

Post by Landaen »

- Spierdalamy! - głos Dziada rozległ się donośnie po Kręgu Przywołań i ubiegając Falibora. Najemnikowi powtarzać nie trzeba było - przeskoczył nad powalonym orkiem, sprawdzając szybko, czy pozostali członkowie drużyny marzeń również ucie... znaczy, wycofują się na dogodniejszą pozycję. Szczęściem to akurat nie przedstawiało większych problemów.
Inaczej nieco miała się sprawa z mosiężną bramą, zamykającą wejście do obozowiska. Wcześniej najemnik założył, że otwarcie jej w razie potrzeby nie będzie stanowiło problemu, ot, przesunąć metalową sztabę, podnieść ciężką, dębową belę. Założenia te można było sobie o kant dupy potłuc, bel ani sztab nie było. Niebywałe, orkowie potrafili wykombinować coś bardziej skomplikowanego...
Jak zatem przebyć taką przeszkodę? Zalać zaklęciami? To nic nie da! Poszukać konwencjonalnego sposobu na otwarcie ciężkich wrót? Na nic! Przestrzelić z łuku? Czemu nie! Falibor obserwował przewodnika uważnie zza swojego kamienia (bacząc równocześnie, czy nie zbliżają się orkowi wojownicy - dziwnym było dlań to, że nie rzucili się w pościg za zabójcami Gora), gotów wyśmiać starszego pana zaraz po zrealizowaniu jego pomysłu... nie zrobił tego.
Rażona eksplozją brama rozpadła się na kawałki. Najmita, starając się nie pokazywać po sobie zdumienia, wyszedł zaa swojej osłony.
- Nie mamy koni - zauważył odkrywczo. - A orkowie pewnie nie zrezygnują ze ścigania nas. Pieszo może zdołamy dotrzeć do jakiejś osady elfów, długouchym łuczniczkom niekoniecznie spodoba się widok hord zielonoskórych w pobliżu ich domów, a i po drodze można pogadać, o następnym magu Kręgu pod nóż, tak na przykład. Kto to będzie tym razem?

Vin, jak ta brama była zamknięta? :)
Aileen
Wójt
Posts: 216
Postać w RPG: Evanesca | Fay
Location: Ależ skąd!
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Aileen »

Nawet nie zauważyła, jak sporządzone ze specjalnego stopu ostrza zaczęły płonąć. Nawet nie zauważyła, jak widok szamana na chwilkę przesloniła jej wyjątkowo znajoma postać, czy raczej, wyjątkowo znajoma kończyna.
Zdeformowane ramię Rhazaala zadziałało jak katowski pień - lekkie ostrze przeszło przez kark wroga jak przez masło. Rozszedł się obrzydliwy smród pieczonej orczyny. Evanesca spojrzała w gòrę, napotykając wzrok dziada. Warknęła ze złością, słysząc jego komentarz. Obserwując oddalającego się staruszka, przeklęła w myślach Dziadygę, życząc mu wszystkiego najgorszego. Żałowała, że nie jest mentatką.

Bitwa wywołała w niej stan podobny do skutków biesiady u krasnoludów. Miał jednak taką zaletę, że przechodził dużo szybciej. Głowa też bolała jakby mniej. Teraz dopiero podziękowała Ereonowi, że trzymała język za zębami. Płonące ostrza przygasły i zanim zdążyła zorientować się, że coś jej tu nie pasuje, spostrzegła... bramę.

Tak, zdecydowanie była tym jedynym elementem architektury orków, ktory jednoznacznie wskazywał na funkcję. Funkcją tej tutaj było zapewne umożliwienie komfortowego zarżnięcia zapędzonych w pułapkę zbiegów. Mieli jednak Dziada, nie? Przynajmniej w tej chwili...

Pozostawiając staruszkowi problem bramy, Evanesca skoczyła w tę stronę osady, z której dobiegał znajomy harmider. Tupanie, parskanie i rżenie po chwili upewniły ją, że dobrze trafiła. Szybko też okazało się, że krycie się w cieniu jest zupełnie zbyteczne - pozostali przy życiu orkowie wydawali się zupełnie oderwani od rzeczywistości. Jeden chodził w kółko, pomrukując coś do siebie, a inny próbował włożyć do ust podkowę. Nie zamierzając tracić czasu na patrzenie, czy mu się udało, odwiązała przerażone zwierzęta. Nieziemski łomot rzucił ją na koński bok, gdy usiłowała jednocześnie utrzymać wodze i zasłonić uszy. Uznawszy, że problem bramy został rozwiązany, pociągnęła za sobą szóstkę wierzchowców, co zważywszy na jej posturę nie było takie proste. Nie chciała zostawiać rumaka Elley na pastwę orków.

Kiedy dotarła do kupy metalu i drewna, ktora niegdyś była bramą, spostrzegła co jej nie pasowało. Kolejny koń nie doczeka się jeźdźca -brakowało Terilla.
Spoiler:
Szaleństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bardziej szalone, tym bardziej logiczne, tym bardziej wyrafinowane, tym bardziej wymowne, tym bardziej olśniewające.
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

Roztrzaskana brama zamieniła się w śmiertelną pułapkę. Na szczęście jednak fałszywi pątnicy w porę się pochowali, za wyjątkiem Eve, która postanowiła udać się po konie. Tuż nad głową Edda przefrunął spory odłamek czegoś, co kiedyś było szczytem architektury orków. W stronę Pana Przewodnika również poszybowały kawałki wrót, były jednak na tyle małe, że brodacz osłonił się swoją lewicą. Pomimo niezaprzeczalnie paskudnego wyglądu, to lewe ramię stanowiło cholernie praktyczną zabawkę.

Senus umierał. Z uszkodzonymi klejnotami, połamanym nosem, żebrami, przebitym płucem, śledzioną oraz urwaną prawą ręką. Ostatnie chwile przeżywał w samotności, nie licząc agresywnego orka, który z każdym następnym ciosem przybliżał go do końca. Sto trzydzieści lat, a teraz zwyczajnie odchodzi. Nie czuł już bólu, ani strachu. Pragnął jedynie przekonać się gdzie teraz pójdzie, kto będzie go prowadził i jak jest po drugiej stronie. Po stronie bez Dziadków topiących naramienniki, bez brutalnie silnych, zielonoskórych stworów, bez run, Magów Kręgu. Być może spotka się z Thomasem, Elley i Faernem. Być może po kąpieli w Rzece Dusz, Hirin podaruje mu nową powłokę, inne ciało. Niestety, prócz Terilla nikomu nie dane będzie się o tym przekonać. Na razie...

Edd oszczędził bezbronnego pikiniera, chociaż groził mu śmiercią. Nie wiedział do końca dlaczego. Żadne z tych szkaradnych stworzeń Zaracha nie było niewinne, ale coś kazało wojownikowi darować mu życie. Kryjąc się za sporym głazem, nie miał wyrzutów sumienia. Do pewnego momentu...

- Uspokój się, zaraz do nas przyjdą - Dziad mruknął w kierunku nakręconego Falibora, wskazując laską (a to nie był przed chwilą łuk?) amazonkę prowadzącą w stronę grupy szóstkę zdrowych, aczkolwiek przestraszonych rumaków. Orkowie w tamtej części osady kompletnie powariowali. Z ich ocząt wyłaził zielonkawy dym, a zachowanie tych pokrak pozostawiało wiele wyobraźni. Z wyprowadzeniem koni nie było problemów. Wtedy jednak Eddilard przypomniał sobie, że umiał liczyć. Byli tylko w czwórkę. Wyraz twarzy Eve potwierdzał jego zdolności matematyczne. Rhazaal okręcił się dookoła i wytężył wzrok w kierunku szczytu wzgórza. Chwilę patrzał na ścieżkę, którą powinien właśnie kroczyć Terill Senus. Nie kroczył. Dziadyga przymknął niezasłonięte ślepię i głośno wypuścił powietrze z płuc. - Na konie i wio. Nie zatrzymywać się, dopóki nie powiem - staruch zrezygnował nieco zawiedziony wielkim Niszczycielem i wydał polecenie. Rozsądnie byłoby i w tym przypadku mu się nie sprzeciwiać.

Niedobitki cudownej kompanii ruszyły za swoim Przewodnikiem. Minorowy nastrój otulił jeźdźców. Zanim zrobiło się całkowicie ciemno, zdążyli uciec i kierowali się gościńcem. Tam też Pan Przewodnik wypuścił oba bezużyteczne konie, pomimo sprzeciwów amazonki. Wkrótce skręcili w jakąś dziwną dróżkę, aż w końcu dotarli pod wodospad i strugę niewielkich rozmiarów, tracąc z zasięgu wzroku jakikolwiek szlak.

- Będziemy tu nocować. Falibor poszuka chrustu, Edd zajmie się pierwszą wartą, a Ty, markietanko, rozsiodłasz naszą kolację - Dziad zarządził całkiem poważnym tonem, chociaż daleki był od żarcia podków. Zeskoczył z grzbietu wierzchowca, podrzucając swoją fajkę Eddilardowi i sięgnął po coś. Chwilę później, gdy już każdy był zajęty swoimi sprawami, Dziad stał przy zmęczonej atrakcjami dnia Eve. - Mapa - burknął spod brody i wyciągnął rękę. Otrzymawszy swój skarb, włożył w ręce niewiasty pusty pergamin. - Sprawdź, czy na pewno nie żyje - mruknął, puszczając zwitek i bez zbędnych życzliwości oddalił się wgłąb lasu.

Amazonka na początku nie rozumiała, o co w ogóle chodzi. Naraz zwój stał się ciężki nie do zniesienia. Tak ciężki, że zmusił panienkę Irenvire do upadku na kolana lub pośladki, zależnie od tego co zdecydowała sobie potłuc. Trzymała w rękach przedmiot nasycony starą i groźną magią. Gdyby w porę nie przekazała mu odrobinę swojej własnej energii magicznej, leżałaby teraz wgnieciona w ziemię. Ostatecznie waga pergaminu zmalała na tyle, by Eve mogła bez trudu go rozwinąć i przeczytać, lecz nadal była porównywalna z niemałym, żelaznym mieczem.

Z początku myślała, że znajdują się na nim tylko imiona bądź nazwiska zabitych. Te zaś pojawiały się w różnych miejscach i znikały po samoistnym przekreśleniu. Jednakże po dłuższym przyjrzeniu się dostrzegła, iż nie każde nazwisko zostaje skreślone. Jedne wydawały się wyraźniejsze od innych. Gor - orka przecinała pozioma kreska. Spotkał swój koniec, Eve nie śmiała wątpić w nieomylność tego artefaktu. Zwłaszcza widząc na nim siebie. I Falibora. I resztę... Ich nazwiska po prostu wyskakiwały i rozpływały się. Jedno pytanie dudniło jej w głowie: czy to lista wszystkich zmarłych, czy wyselekcjonowane ofiary Rhazaala? Fakt że się na niej znajduje chyba jeszcze do niej nie dotarł...

Jako drugi wartę pełnił Fallus. Jego umysł także dręczyła ta wyprawa, ta tajemniczość. Owszem, był prostym chłopem, ale te zagadki oraz niedomówienia sprawiły, że obudziła się w nim ciekawość. Czemu Pan Przewodnik ignoruje jego wszelkie sugestie? Z jakiego powodu śpią pod gołym niebem? Co sprawiło, że orkowie nie rzucili się w pościg? Uciekali w milczeniu, tego nie dało się nie zauważyć. Próby nawiązania rozmowy Dziad prędko ucinał. Obudziwszy się o poranku, o dziwo wypoczęty, Falibor udał się na poszukiwania staruszka, upewniwszy się tylko, czy amazonka nie drzemie czasem na swojej zmianie. Trzeba przyznać, iż noc minęła szybko, bez niespodzianek, bardzo spokojnie. W chrapaniu nie przeszkadzał nawet niespecjalnie cichy szum spadającej wody. I z tego zacny woj się cieszył.

Dziadka Runiczny Wojownik znalazł za wodospadem, w bliskim otoczeniu malutkiego cieku wodnego. Gdyby przybył minutę wcześniej, zobaczyłby go pewnie w pełnej "krasie"... Rhazaal bowiem postanowił się najwidoczniej odświeżyć. Prywatne strefy miał przysłonięte materiałem, choć i tak było go za mało, aby mógł wszystko zakryć. Na szczęście co ważniejsze przymioty pozostały bezpieczne przed wzrokiem Falibora, dzięki czemu ten ostatni zdołał uniknął traumy do końca życia. Jednakowoż okazało się, że doradca Maga Kręgu skrywa nie jedną tajemnicę...

Od łydek, poprzez uda, plecy, ramiona, klatkę piersiową, ciągnęły się blizny. Jedna na drugiej. Najdziwniejsza była ta na łepetynie. Wojownik rozpoznał broń, od której pochodzi ta rana i dziwił się, jakim cudem Dziad w ogóle doszedł do siebie i wciąż stąpa po ziemi, zamiast pod nią leżeć. O lewicy mówić nie trzeba, natomiast wypadałoby wspomnieć słowem o prawej nodze. Nie istniała. W miejscu tej kończyny Dziadziuś miał... nogę, ale inną. Była stalowa, miejscami "pusta" w środku. Metal połyskiwał i zawzięcie starał się oślepić ciekawskiego Fallusa. Jeżeli owa konstrukcja była protezą, to wyłącznie roboty krasnoludów. Co dziwne, sztukę ich wykonywania krasie zapomniały tysiące lat temu. W jaki więc sposób Rhazaal wszedł w jej posiadanie? Dlaczego nie wydaje dźwięków przy poruszaniu się i nie wpływa na sprawność ruchów staruszka? Brunet szybko otrząsnął się, kiedy Flav zakładał nogawice. Co raz mniej przypominał człowieka...

- Wiesz, czemu Srebrna Dłoń nigdy, przenigdy nie pokazał się Wam osobiście, zawsze korzystając z lustrzanych odbić? Kiedyś popełnił przy mnie ten błąd i od tamtego czasu nie urósł mu ani jeden włos na łbie - Niski głos Rhazaala zadzwonił w uszach wojaka. Falibor wyszedł tedy i otwarcie stanął w rozsądnej odległości przed Dziadem. Naajwyraźniej jego obecność została wcześniej zauważona. Do blizn Dziada należy chyba dodać oczy z tyłu głowy... - Czego owieczka pragnie? Tylko migiem, bo po śniadaniu zaraz wyruszamy.
*** Eddilard miał nudności. Rana od włóczni piekła. Grot musiał być zatruty...
┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ Pjerdl życie, odpisz w sesji! ┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ And if you won't... Image
Landaen
Łowca postów
Posts: 139
Postać w RPG: Falibor

Re: Rozdział I

Post by Landaen »

Choć pierwszą wartę pełnił Eddilard, Falibor nie skorzystał z okazji i spać nie poszedł. Jakoś nie mógł zasnąć, pewnie z tego samego powodu, dla którego udając się na poszukiwanie chrustu sprawdził, czy aby miecz gładko wysuwa się z pochwy - oczekiwał hordy wściekłych orków. Nie doczekał się jednak. Kolejne pytanie bez odpowiedzi, a od Dziada nic wyciągnąć się nie dało, wszelkie rozmowy ucinał. Najemnik obiecał sobie solennie, że jutro odbędzie z nim pogadankę i nie da się spławić.
W końcu jednak dusza doświadczonego wojaka dała o sobie znać, przypominając złotą zasadę: trzeba spać, kiedy tylko można, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zechcą budzić. Kiedy zluzowała go Eve, zapadł w głęboki, pokrzepiający sen.
Gdy się obudził, było już całkiem jasno. Wczorajsze postanowienie nie straciło na mocy, toteż Falibor udał się na poszukiwania staruszka. Skierował się w stronę, z której dobiegał go cichy plusk wody. Szedł krokiem spacerowym, na całe szczęście, gdyby pośpieszył się nieco bardziej, powitałby go bardzo niepiękny widok.
Tak jednak najmita mógł zostać zboczeńcem bez obawy o swoje zdrowie psychiczne. Dziada bowiem znalazł, rozdzianego niemal do rosołu, a widok był... interesujący. Blizny widniały na całym ciele staruszka, a spora ich część wyglądała na takie, których przeżyć się nie da. I w sumie nie byłby to widok aż tak intrygujący - Falibor widział kiedyś runicznego weterana Wojny Przywołania z Kaith Halur włącznie, którego rany były równie paskudne (no, może nie licząc kończyn), choć mniej liczne może - gdyby nie ta proteza.
Na sztuce kowalskiej krasnoludów, przynajmniej tych z Wietrznej Jamy, najemnik znał się nadspodziewanie dobrze. Spędził tam niegdyś kapkę czasu, a branżowe zainteresowania ciągnęły go do kowali. Z jednym z nich rozmówił się dłużej, wysłuchując długiego wywodu o krasnoludzkiej sztuce metalurgicznej przez wieki, zakończonego stwierdzeniem, że obecnie skarlała ona. Patrzył zatem teraz na sztuczną nogę Dziadygi i zastanawiał się, czy aby ta skarlała sztuka mogła wytworzyć coś takiego? Bo jeśli nie, jeśli stworzona została wieki temu, przed stworzeniem Run, to dlaczego jej posiadacz żył jeszcze?
W końcu Falibor został jakoś dostrzeżony przez staruszka. Wyszedł więc na przestrzeń umożliwiającą bardziej swobodną rozmowę, przysiadł na kamieniu, wzrok zawiesił taktownie na bliżej nieokreślonym punkcie w powietrzu.
- Pogadać - odparł na pytanie Dziada. - Mówiąc krótko a treściwie, ni cholery nie rozumiem, co się dzieje dookoła mnie i niespecjalnie mi się to podoba. Rhazaal, z pałacu Srebrnej Dłoni wyruszyła nas ósemka. Została połowa, z czego Elley i Terill zostali zabici przez orków. Orków! Koniec końców tak Elley, jak i Terill byli runicznymi, to jest mieli za sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia - inaczej chyba Mistrz Luster nie wysłałby ich tutaj, chyba pod nóż. Mniejsza zresztą o to, załóżmy, mieli pecha, albo że ci wysłannicy Hirina, którzy nas ścigają, postanowili zadziałać skrycie - ale jeśli w dalszym ciągu będzie nam szło tak doskonale, to drużyna nam stopnieje przy następnym magu Kręgu... inna rzecz, że chyba niespecjalnie jesteśmy potrzebni, Gora załatwiłeś sam, bez niczyjej pomocy, z zielonoskórymi poradziłeś sobie lepiej, niż ktokolwiek z nas... i jakimś cudem nie mamy ich teraz na głowie, śpimy pod gołym niebem i nijak się nimi nie przejmujemy. Znowu twoje zasługa? Wreszcie ciekawi mnie następny nasz cel w tej podróży. Pytałem o to już w orkowym obozie, spytam raz jeszcze - kogo mamy zabić teraz?
Aileen
Wójt
Posts: 216
Postać w RPG: Evanesca | Fay
Location: Ależ skąd!
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Aileen »

Śmierć czyha na każdym kroku. Przekonała się o tym "drużyna", niedoszły mag Kręgu i przekona się Dziad, jeżeli gorliwe prośby Evaneski usłyszy odpowiedni bóg. Najpierw umrze za ściąganie ich tutaj, następnie za zostawienie ich w środku bitwy, potem za... za to że jest Dziadem, a potem za markietankę! Nie, wcześniej za markietankę. Dziewczyna bardzo dbała o swoje dobre imię.
Jeszcze zanim skończyła swoją "modlitwę" obok niej pojawił się Rhazaal, jakby w odpowiedzi na jej myśli. Na szczęście, poprosił jedynie o mapę i wręczył jej kawałek pergaminu w zamian. Uroczy podarek. Amazonka bez zbytnich ceregieli (przede wszystkim podziękowania) rozwinęła go i...
Ktoś kiedyś powiedział że grunt to zdrowie. Evanesca zdecydowanie nie czuła się zdrowo, gdy ciężar pergaminu pociągnął ją ku ziemi. Elementarne przeszkolenie w dziedzinie kontroli nad magią uchroniło ją przed bardziej gruntownym końcem. Pochłaniając jej własną energię, pergamin nagle stał się o niebo lżejszy. Dalej ważył tyle ile potężny dwuręczny miecz, ale przynajmniej nie wgniatał w ziemię. Pomna wcześniejszej przygody, nie wstawała.

Na początku sama nie wiedziała, co sprawiło, że ciarki przeszły jej po plecach. Zwykły pergamin, zwykłe imiona... Niektóre poprzekreślane. Słowa pojawiały się i znikały samoistnie, w różnych miejscach. "Sprawdź, czy na pewno nie żyje", powiedział.
Wśród imion, nagle pojawiło się jej własne... Zamigotało, znikło. Gor Odmieniec. Przekreślone, znikło. Evanesca zadrżała i odwróciła wzrok. Pergamin jednak dziwnie przyciągał uwagę. Falibor, Eddilard... nieznane, nieznane, nieznane, znów ona. Co to na Rzekę Dusz ma być?!
Och, wśród świty Srebrnej Dłoni krążyły opowieści, jakoby Rhazaal zapisywał sobie gdzieś nazwiska osób, które mu podpadły. W opowieściach zawsze pojawiała się też demencja starcza oraz skleroza, teraz jednak dziewczyna szczerze wątpiła, że pergamin ma za zadanie wspomóc jedynie niedomagającą pamięć dziadka.
Ale to może wcale nie być lista ofiar... Może to po prostu odbicie myśli, zapis "priorytetów"... Widok własnego nazwiska przerażał. Po co miałby jej to pokazywać? Zastraszyć? To do niego podobne...
Evanesca zwinęła pergamin, próbując oderwać się od tych myśli. "No i co z tego." - myślała - "Nawet jeśli to lista ofiar... nikogo nie powinno to dziwić". Odetchnęła głęboko, prawie zapomniała ile waży przeklęte papierzysko. Uspokoiwszy się nieco, znów rozwinęła pergamin, szukając Senusa. Długo się nie pojawiał, a widok imion kolejnych członków drużyny, żywych lub martwych, za każdym razem wzbudzał w niej grozę. Drobne litery układające się w imię niedawno zabitego towarzysza ukazały się wreszcie, przekreśliły i znikły. Dziewczyna zwinęła pergamin i odrzuciła go od siebie. Upadł pół metra od niej, jakby znów ważył tyle, ile powinien.
Kilka minut zajęło jej doprowadzenie siebie do stanu używalności. Rhazaal zniknął, włożyła więc przeklętą listę między swoje rzeczy. Korzystając z tego, że każdy zajął się swoimi sprawami, oddaliła się w ustronne miejsce, by obmyć się z błota i orkowej krwi.
Ostatnia warta o świcie nie jest niczym przyjemnym, na szczęście jednak dziewczynie udało się porządniej wyspać. Morale w drużynie spadły chyba do zera... jeśli nie niżej. Falibor zniknął w krzakach, Eddilard także wyglądał na rozbudzonego. Evanesca obeszła niespiesznie obóz, zajrzała do koni i wróciła na swoje miejsce. Zerknęła na wojownika.
- Jesteś ranny?
Było to raczej stwierdzenie, niż pytanie. Wojownik dziwnie się zachowywał, przy tym pozieleniał na twarzy. Amazonka wywlekła z dna swojej torby apteczkę, przeklinając siebie za niedopilnowanie tego wcześniej. Miała wciąż chwilkę czasu by doprowadzić go do porządku. Kiedy wyjęła mały nóż, ranny jeszcze bardziej pozieleniał na twarzy.
- Uspokój się. - burknęła, próbując rozciąć część ubrania, by dostać się do rany. Przynajmniej zadbał, by pozbyć się pancerza. Po mniej więcej minucie zmagań, udało się.
- O kurwa.
I to był chyba najlepszy komentarz do tej sytuacji.
Spoiler:
Szaleństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bardziej szalone, tym bardziej logiczne, tym bardziej wyrafinowane, tym bardziej wymowne, tym bardziej olśniewające.
1Magol
Odbębniacz postów
Posts: 54
Postać w RPG: Eddilard Wolfire
Location: Łódź

Re: Rozdział I

Post by 1Magol »

Uciekliśmy... Pod osłoną nocy dotarliśmy do w miarę spokojnego miejsca. - Rzeczka... Dawno się nie myłem... - pomyślał Edd starając się "odpłynąć" od niedawnych wydarzeń...

Gdy tylko Dziad się zatrzymał, nakazał rozbicie obozu i rozpoczął przydzielanie zadań. Miałem pełnić pierwszą wartę... Nie było mi z tym dobrze, gdyż nie mogłem skupić swych myśli... Cały czas myślałem o tym że zaledwie po pierwszym zadaniu straciliśmy połowę naszych sił... W dodatku cały czas mamy na ogonie wyznawców Hirina, lecz nikt nie zdaje się tym przejmować. Nagle, gdy już kierowałem się na wartę. W moich rękach znalazł się mały, drewniany przedmiot. Stosunkowo lekki. nie mogłem w to uwierzyć... Czyżby w Dziadku obudziły się ludzkie uczucia? A może jakiekolwiek? - Jego Fajka... - Już chciałem mu dziękować, lecz w ostatniej chwili przeszło mi przez głowę że mógłby się rozmyślić... Więc przemilczałem ową sytuację i oddaliłem się od grupy.

Czas mojej warty minął nim zdążyłem to spostrzec. Co dziwniejsze, nie pamiętałem wszystkiego... To pewnie przez ziele - powiedziałem. Ruszyłem w kierunku obozowiska by następnie zmienić się z Faliborem. Rozłożyłem pod drzewem swój płaszcz, zdjąłem górną część zbroi. I tak do niczego się teraz nie nadawała - Kurwa, potrzebuję płatnerza, ten ork trafił w spojenia... - Położyłem ją obok swojego miecza i położyłem się spać, wcześniej chowając nowo otrzymaną fajkę do torby. Jej nie mogę stracić. Nie wiedziałem co działo się w obozie podczas mojej warty. Co wiedziałem to fakt że sen przyszedł mi z niezwykłą łatwością, pomimo ostatnich wydarzeń. Winą obarczyłem fajkowe ziele...

Gdy obudziłem się rano, czułem się potwornie zmęczony tak jakbym w ogóle nie spał. - Muszę się odświeżyć - Wstałem, zakręciło mi się w głowie i poczułem palący ból, w okolicy biodra, zerknąłem, i spostrzegłem że rana od włóczni się otworzyła, była zaogniona. - Cholera - syknąłem i wziąłem do ręki torbę. - Gdzieś tu powinienem mieć te zioła lecznicze - Ziół nie było, wiedziałem o tym ale mimo wszystko chciałem zająć się tym samemu. Ranny członek resztki drużyny jeszcze bardziej obniżył by morale wszystkich pozostałych.

Wróciła Evanesca, od razu zobaczyła moją ranę. Ja się na tym nie znałem, ona wręcz przeciwnie zdawała się wiedzieć co robi. Wyciągnęła nóż, chciałem powiedzieć jej że nie trzeba rozcinać ubrania. Ona kazała mi się uspokoić i rozcięła je tak czy inaczej.
O kurwa - powiedziała. Domyśliłem się że rana jest zatruta, a po wyrazie twarzy amazonki, również tego że jest na prawdę źle, pytanie brzmi: Czy dowiem się jak źle?

***Dobra, przepraszam wszystkich za ten zastój. I za moją absencję. Teraz wracam i mam nadzieję że post nie jest złej jakości
Post Reply