Dusze biorące udział w kontynuacji tortur literackich:
- Eddilard Wolfire
Elley
Evanesca Irenvire
Falibor
Fläveth Iberin Rhazaal [BN]
Terill Senus
Inni
Wraz z muśnięciem dłonią tafli portalu było dla wszystkich jasne - odwrotu nie ma i nie będzie, dopóki misja nie zostanie wypełniona. A jeśli nie powiedzie się całkowicie lub jej uczestnicy stracą zapał... cóż, Dziad wcale nie obligował się do pomagania im non stop, prawda? Co było dosyć podejrzane, przecież miał ich runy, mógł im nakazać równie dobrze żonglować jabłkami skradzionymi z targu, co pędem rzucić się i drapać ogry po jajach.
Może to wcale nie były runy? Nie, nikt tu nie wierzył w zbiegi okoliczności, tak samo, jak nie dawano wiary w słowa Mistrza Luster, ni choćby w samą jego osobę. Czy grupy nie ciekawiło, dlaczego akurat oni musieli się podjąć tej misji? I skąd po nagłej śmierci dwunastu Magów Kręgu wyrasta znikąd portal do przeszłości? Do końca nigdy nie wiadomo, co siedzi w głowach Runicznych Wojowników...
Najwyraźniej Dziad nie przejmował się całą tą szopką. Gdy reszta doświadczając przed chwilą podróży w czasie, zmagała się z bólem głowy i problemami z równowagą po upadku na ziemię, Rhazaal stał kilka metrów od nich, trzymając w górze jakiegoś chłopaczka za szyję. Nie wyglądało to na zabawę, bo młody krztusił się i nie ukrywał problemów z oddychaniem. Innym kręciło się w głowie. Dziad pytał:
- Przepuścisz nas? - jego głos wcale nie wydawał się srogi, lecz było w nim coś złowróżbnego.
- N-nie wiem o co chodzi, p-puść mnie, t-ty grobowa maro... - w odpowiedzi dane było mu usłyszeć niemrawe popiskiwania, przy swoim oprawcy sprawiające wrażenie tych dziecięcych. Przewodnik zmarszczył brwi. Owszem, wyglądał staro, ale nie aż tak...
Falibor jako pierwszy miał siły podnieść się na równe nogi, acz o przejściu choćby kilku kroków nie było mowy. Efekty teleportacji wstecz nie były przytłaczające, goście w starym świecie nie zostali zdeformowani, po prostu odczuwali normalne rezultaty zabawy takiego kalibru.
Eddilard zobaczył leżący na ziemi półtorak. Wiedział, jakie uzbrojenie zabrał ze sobą Dziad, a był nim jedynie sztylet i laska, więc ten miecz musiał należeć do...
- Więc nie przepuścisz?
- Spieprzaj dziadu!
Eve poznała to chrupnięcie. Kark ofiary został strzaskany, co potwierdziła wkrótce jej całkowita bezwładność, z jaką upadała na ziemię. Ciało nie wyglądało na zbyt sfatygowane, siniaki nie mogły być skutkiem walki między bezimiennym chłoptasiem, a dziadową eminencją, poza tym, żadnych śladów, ran, czegokolwiek. Sam Staruszek również zakonserwował się w takim stanie, w jakim ostatnio grupa widziała go przed wejściem do portalu. Teraz, gdy oni zbierali się z komicznego pełzania na czworaka do pozycji pionowej, on siedział sobie na solidnym kamulcu, bandażując dokładnie lewą rękę. Potem, jak gdyby nigdy nic, odpalił fajkę i wyciągnąwszy mapę, przeglądał ją namiętnie.
- Wlazło siedmiu, wyszło pięciu. Nie wiedziałem, że będą aż tak słabi - gbur przemówił, odwracając na wpół łysy łeb w kierunku kompanii, informując ją o brakach w składzie. Po krótkiej analizie zebrani mogli z łatwością ocenić, kto był nieobecny. Ekshibicjonista i uzdrowiciel. Nie przedostali się na drugą stronę. Dziadyga niespecjalnie się tym przejął. - Zbierzcie się tu, sprawdźcie, czy wszystko leży na swoim miejscu. To dobry moment na zastanowienie się, kto z was powinien liderować - kontynuował. Elley dostrzegła wór. Podobnie, jak inni, ale tylko jej nie umknął pewien szczegół. Brodacz za to sięgnął wgłąb i wyciągnął... solidną pajdę chleba. Skonsumował ją nieśpiesznie, zagryzając... dymem z fajki.
Kiedy uznał, że gawiedź zaczęła wreszcie ogarniać rzeczywistość, wyjął jedną strzałę z własnego kołczana i pieszczotliwie przejeżdżał skostniałymi palcami po lotkach, być może oceniając ich stan, kto go tam wie...
- Przede wszystkim jednak, musicie się zająć tym - burknął, kiwając głową przed siebie. W odległości setki kroków chrapały sobie przyjemnie dwa zielone smokowce, jeden większy, drugi drobniejszy, oba zaś odbijały promienie słoneczne swoimi łuskami. Wyglądały majestatycznie. Nie, nieważne że spały. W końcu nie widuje się ich przy drodze. - Inaczej możemy siedzieć tu i do śmierci grać w bierki - skwitował, pogrążając się w odmętach własnych myśli i studiach nad mapą. Jakiekolwiek próby rozmowy z nim w tym stanie były skazane na porażkę, choć próbować zawsze można.
Ale przecież istnienie innej drogi było wręcz pewne, to nie jest tak, że... nie. Tu nie było innej drogi. Cała przestrzeń pokryta trawą w zasięgu wzroku była otoczona przez potężne masywy skalne, wypiętrzone przez bachora Aonira (informacje nieoficjalne), bo nie wyglądały zwyczajnie, na pewno nie jak skutek zderzenia się potężnych sił rządzących światem Eo. Wspiąć się przecież można! Ano można, ale nie po pionowej, gładkiej i śliskiej ścianie, bo tak w większości prezentowała się kamienna bariera odgradzająca Runicznych Wojowników od wolności. Jedyne, niewielkie i ciasne [formacja gęsiego!] przejście znajdowało się tuż za zadem wyrośniętego smoczka. Pięknie.
No ale mości panowie i panie, mamy zieloną trawkę, parę drzewek, co daje również ździebko cienia, w bród czasu i... i co dalej?
Proszę bardzo. Elley, PW. Kolejka: Aileen --> Inne dusze

Legendarna legenda: